„Koala, który się trzymał”, „Mysz, która chciała być lwem” i „Wiewiórki, które nie chciały się dzielić”, czyli 3 niesamowite książki wydawnictwa Zielona Sowa o trudnych sprawach małych ludzi

Dzisiaj mam dla Ciebie pół-urodzinową niespodziankę. Dlaczego tylko pół? A no dlatego, że dokładnie pół roku temu (28.lutego 2018 roku), na blogu pojawił się pierwszy wpis. Pamiętasz go w ogóle jeszcze? Jeśli nie, TU wrzucam link. A jeśli tak, to znaczy, że jesteś tu ze mną od samiuteńkiego początku. Za co jestem Ci przeogromnie wdzięczna. Bo gdyby nie Ty, nie siedziałabym właśnie przed klawiaturą komputera i nie przygotowywałabym tego wpisu. I nie spełniałabym jednego ze swoich największych marzeń. Tego o pisaniu bloga.

Pomyślałam sobie, że z okazji tego mojego gwiazdkowego pół-roczku, zorganizuję tu dla Ciebie, mój drogi Gwiazdkowiczu, jakąś niespodziankę. No i mam ją! Będzie to…

KONKURS

W którym możesz wygrać jedną z 3 absolutnie fantastycznych książek wydawnictwa Zielona Sowa.

 

Ale po kolei…

 

„Wiewiórki, które nie chciały się dzielić”

Poznamy tu przezabawną historię o perypetiach dwóch wiewiórek, które połączyła chęć posiadania pewnej szyszki. Warto dodać, że panowie-wiewiórki różnią się od siebie jak ogień i woda. Podczas gdy Skrzętny Błażej, podobnie jak inne zwierzęta w lesie, gromadził zapasy na zimę, Beztroski Cyryl całą jesień pochłonięty był zabawą. Jednak gdy jegomość poczuł w swoim brzuszku głód, nagle w pośpiechu zaczyna szukać czegoś do jedzenia żeby ten głód zaspokoić. No i tu jego oczom ukazuje się…ostatnia w lesie szyszunia. Szyszunia, którą dostrzegł też i Błażej i na którą ma przeogromną ochotę i nie zamierza tak łatwo oddać jej wrogowi. Tak właśnie zaczyna się bardzo niebezpieczny pościg wiewiórek za szyszunią. I dopiero kiedy panowie prawie przepłacają go swoim życiem, dociera do nich, że DZIELENIE SIĘ może być…przyjemne.

Jednym słowem jest to fantastyczna, przepięknie zilustrowana, napisana wierszem, książka z morałem. Spójrzcie tylko na zdjęcia:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mysz, która chciała być lwem”

 

Tutaj znów mamy dwójkę głównych bohaterów. I znów są oni skrajnie różni. Najpierw poznajemy Mysz, którą a to ktoś nadepnie, a to przyciśnie. Przez co bidula lekkiego życia nie ma. Oj nie! Zgoła inaczej sprawa się ma jeśli chodzi o Lwa. Ten to ma życie jak… w Madrycie. Posłuchaj tylko: „Tors mu grzało słońce, grzywę czesał wiatr, lew miał minę taką, jakby podbił świat. Dzień za dniem na skale prezentował szyk. Dawał znać o sobie przez swój głośny ryyyyk”. Ale jak to w bajkach bywa, i na takiego twardziela znajdą się sposoby. I to właśnie nasza poczciwa mysz, odważyła się zapytać Lwa czy nie miałby ochoty się z nią zaprzyjaźnić. Choć początek tej przyjaźni do łatwych nie należał (zdradzę Ci tylko, że to Lew wystraszył się Myszy, a nie odwrotnie), to koniec końców Mysz i Lew stworzyli duet idealny.

I znów przepiękne ilustracje, wartka akcja, śmieszne teksty i…morał. Wypowiedziany przez babcię naszej Myszki: „Pamiętaj droga wnusiu, gdy będziesz w potrzebie: CHCĄC ODMIENIĆ ŻYCIE – NAJPIERW ODMIEŃ SIEBIE”.

Ja osobiście za każdym razem patrząc na Mysz, mam przed oczami Elsę śpiewającą „Mam tę moc, mam tę moc”. Bo ta książka o tym właśnie prawi…Że w każdym z nas drzemie ogromniasta siła i że tylko od nas zależy czy odważymy się ją z siebie wydobyć czy nie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Koala, który się trzymał”

 

W ostatniej z trzech książeczek spotkamy już tylko jednego głównego bohatera. Jest nim Koala. Dość dziwny Koala – delikatnie mówiąc. No niby jest mięciusi jak podusia, niby uprzejmy, niby miły, ale ma jedną dziwną cechę: trzyma się kurczowo gałęzi drzewa i za nic w świecie nie chce jej puścić. Koala bardzo jednak lubi spoglądać na bawiące się pod jego drzewem zwierzęta. Co więcej zwierzęta ta namawiają go do tego, żeby do nich dołączył. Ale on zawsze wynajduje jakąś wymówkę, którą za każdym razem dyktuje mu…strach. Bo Koala w głębi duszy bardzo chciałby zejść na dół i wspólnie z innymi zwierzętami pobawić się w chowanego czy pośpiewać przy ognisku, ale paraliżuje go strach. Na szczęście z pomocą Koali przychodzi natura. Któregoś dnia (po wielu miesiącach) drzewo, na którym siedział Koala, po prostu runęło. Na początku przerażony Koala przyczepia się do niego z powrotem, ale po chwili stwierdza, że wszystko jest przecież w porządku i nic złego się nie dzieje. Palec za palcem odczepia się powolutku od gałęzi, by na końcu dojść do wniosku, że „czuje się cudownie!”. I najpiękniejszy cytat z całej książeczki: „Tak Koala porzucił wysokie korony. Teraz świat szeroki odkrywa zdumiony. Bo czasem jest warto odpuścić trzymanie i zobaczyć śmiało, co się wtedy stanie!”. Czyż można piękniej pokazać dziecku, że warto jest pokonywać własne słabości, lęki, niepewność i strach?

 

 

 

 

 

 

 

 

Każda z tych trzech książek to prawdziwy majstersztyk. Pod każdym względem! Twarda oprawa, duży format, prześliczne ilustracje, ciekawe historie, wachlarz emocji, wartościowy morał. Każdą warto mieć w domu.

 

To teraz pora na obiecany KONKURS!

Do wygrania są 3 opisane wyżej książki wydawnictwa Zielona Sowa.

Jako że lato zbliża się już ku końcowi, zadanie konkursowe polega na tym, żeby opisać najfajniejsze (może być najzabawniejsze, najbardziej wzruszające, lub po prostu najmilsze) wspomnienie z wakacji (nie musi być tylko z tych mijających, może być nawet sprzed 10 lat).

Co zrobić aby wygrać?

  1. Trzeba być fanem strony „Gwiazdki z nieba” na Facebooku
  2. Trzeba polubić post konkursowy
  3. Trzeba napisać mi którą z książeczek chciałabyś/chciałbyś wygrać w konkursie (napisz tylko: wiewiórki, mysz albo koala)
  4. Trzeba zostawić komentarz opisujący swoje najfajniejsze wspomnienie z wakacji albo pod tym wpisem na blogu albo na Facebooku poniżej konkursowego posta.
  5. Miło mi też będzie jeśli informację o konkursie poślesz w świat (czyli udostępnisz konkursowy post na Facebooku) i zaprosisz do wspólnej zabawy 4 inne osoby
  6. Forma wypowiedzi jest dowolna (liczę na Waszą kreatywność i może jakieś zdjęcia)
  7. Zabawa trwa do 8.września 2018 do północy
  8. W niedzielę 9.września 2018 roku wybierzemy 3 szczęściarzy, do których trafią książeczki

4 thoughts on “„Koala, który się trzymał”, „Mysz, która chciała być lwem” i „Wiewiórki, które nie chciały się dzielić”, czyli 3 niesamowite książki wydawnictwa Zielona Sowa o trudnych sprawach małych ludzi

  1. Chcialabym wygrac ksiażczkę o Wiewiorkach dla mojej Córeczki. To właśnie ona podarowała mi najpiękniejsze wspomnienia tego lata. Urodziła się 4 czerwca tego roku i właśnie to lato będzie dla mnie niezapomnianym. Kiedy zobaczyłam ją zaraz po porodzie i poleciały mi łzy szczęścia… Od razu ją pokochałam. Jej pierwszy uśmiech pewnego poranka – dla mnie, jak dla każdej mamy, najpiękniejszy na świecie – zapamiętam do końca życia. Lato się kończy, a ja nadal obserwuję jak się rozwija, zaczyna gaworzyć, reagować na to co do niej mówię… Jest to dla mnie niesamowite. I nadal nie mogę uwierzyć, że stworzyliśmy z Mężem taki nasz mały Cud 😉

    1. Ja też mam urodziny 4.czerwca 🙂 My również z mężem nie mozemy się nadziwić, że „stworzyliśmy” dwójkę ludzi. To naprawdę niesamowite uczucie.

  2. Mysz 🙂
    To nie pora roku decyduje o tym, że mamy wakacje, a ‚stan umysłu’ 😉
    Moje najfajniejsze wakacje w życiu trwały 2 lata! 😀 Wynajęte mieszkanko w sercu Prowansji, rzut beretem na lazurowe wybrzeże, granie cykad i falujące w słońcu pola lawendy… <3 Tak właśnie wspominam naszą małą emigrację, podczas której moim zadaniem było bezpiecznie sprowadzić na świat nasze dzieciątko, a potem razem z nim delektować się urokami miejsca, w którym przyszło nam żyć. Całe te 'wakacje' obfitowały w wydarzenia, dzięki którym mam moc wesołych, zabawnych, a czasem także strasznych wspomnień. Jednak takim, które najbardziej wyryło mi się w pamięci jest akurat dzień letni, typowo wakacyjny, oczywiście dzień narodzin naszego pierwszego dziecka (bo teraz mamy już dwoje 😉 ). Pamiętam doskonale, że nie bałam się porodu jako takiego, ani nawet tego czy się dogadamy (bo nie mówiłam nic po francusku) a jedynym moim lękiem było to, że jeśli 'zacznie się' w dzień powszedni w godzinach pracy to albo urodzę idąc na piechotę do szpitala albo sama w domu ;/ Mąż codziennie wychodząc do pracy pytał "urodzisz dziś?" 😉 a ja żartowałam, że urodzę 18.07 bo i ja i moja mama jesteśmy z 18 (XII i XI) i że jeśli to dziewczynka (a zrobiliśmy sobie "niespodziankę") to urodzi się 18 jak wszystkie fajne babki w tej rodzinie 😉 Ten pomysł podobał mi się też dlatego, że 18.07 był sobotą, więc nie byłabym sama. Mąż natomiast, jako wielki kibic piłki nożnej, miał tylko jedno życzenie, które często powtarzał do brzucha "tylko nie w czasie meczu". A jak to wyszło? Na szczęście zaczęło się 18.07, więc jedyny mój lęk zniknął. Rodzić udałam się jednak następnego dnia po południu. Małżonek dzielnie mi towarzyszył, a gdy sytuacja została opanowana znieczuleniem odesłałam go do domu (bo mieliśmy blisko) na kolację, kąpiel i chwilę relaksu 😉 Kiedy wrócił powiedział jeszcze do brzucha "No dziękuję ci bardzo! Jak wychodziliśmy z domu to się mecz zaczął, a gdy wszedłem na kolację usłyszałem ostatni gwizdek" 😀 Później, jak wiadomo, było trochę mniej zabawnie, chociaż…. Położna bardzo się starała i tłumaczyła polecenia na angielski. Stety-niestety umiała angielski tak jak ja 😉 więc wszystko tłumaczyła wprost i tak na przykład z "jeszcze, jeszcze" wtedy kiedy trzeba było dać z siebie wszystko, zamiast mówić "more, more" powtarzała w kółko "again, again". Po drugim czy trzecim razie zrobiłam w końcu przerwę "hej, stop stop, ustalmy co ty chcesz ode mnie, bo na szkole rodzenia trochę inaczej mnie uczyli…" i tak uratowałam kolejne pierworódki z importu przed sapaniem jak zziajany pies 😉 W końcu, po jakichś 8 godzinach od zameldowania się na porodówce usłyszeliśmy… naszą córkę <3 Zwykle mówi się, że dziecko to koniec wolności, siedzenie w domu, 4 ściany, kupy, zupy i pieluchy. A mnie, paradoksalnie, narodziny córki otworzyły na świat, wyszłam do ludzi, najpierws do przychodni, potem do klubu malucha… Przełamałam wstyd bariery językowej, zaczęłam mówić, a wkrótce, w dużej mierze od innych dzieci i ich mam, nauczyłam się języka na tyle, by jako tako funkcjonować.
    Nie raz podczas tych 'wakacji' udowodniłam sobie, że mam duszę lwa i dlatego gram o książkę o myszy 😀 Moim dzieciom, nim same ruszą na taką wakacyjną przygodę życia przyda się właśnie wiara w to, że "mają tę moc" 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *