Shopping by MPK

Z serii: Jak Się MPK (Matka Polka Korzebowa, czyli ja) na szoping wybrała

 

Dzisiaj opowieść wyjątkowo nie o Marcelku, ale o matce jego nieogarniętej trochę (a czasami nawet bardzo). No to zaczynam historię…niby śmieszną, aczkolwiek i tragiczną też trochę  A pośmiejcie się ze mnie, nie żałujcie sobie,

a co!

Niedziela była, urodziny moje. Nadejszła wiekopomna chwila, bo Matka Polka Korzebowa po ponad pół roku na zakupy się szykowała. Czemu po pół roku? A no bo Dżulsik nasz kochany postanowił sobie z matki niejakie jajca porobić i udawać, że zamierza wcześniej z brzucha wyleźć (tylko po to, żeby potem stwierdzić, że chyba jednak aż tak mu się tu na ten świat nie spieszy i że chyba jednak chce być „Trzynastym” i pragnie urodzić się w 41 tygodniu ciąży – taki mały żartowniś). A że zrobił to na początku grudnia to pół roku jak malowane wyszło. No! To jak już ten Dżulsik nasz nastraszył matkę, to matka dostała prykaz usadzenia swoich czterech liter na kanapie i pilnowania co by te cztery litery nie podnosiły się z tej kanapy nazbyt często (przynajmniej do połowy marca, bo wtedy miało już być bezpiecznie dla Julasa naszego). No i sami wiecie: czego się nie robi dla dziecka swego…wszystko się robi i tyle. No to trza było leżeć i już, koniec tematu. No to leżałam ja, leżałam, kwitłam i kwitłam du*ska rosnącego z kanapy nie ruszając. No a potem to już się Julas urodził, no to wiadomo że ostatnią rzeczą na jaką człowiek miał ochotę, był szoping. Gdzie tu o szopingu myśleć jak człowiek rano nie wiedział czy się budzi czy zmartwychwstaje (sen JEST przereklamowany gdy rodzi się mały ludź, deeeefinitely!). No! Ale jak już się trochę Matka Polka ogarnęła po kilku tygodniach, postanowiła sprawić sobie trochę przyjemności za te wszystkie niedole ostatnioczasowe. Plan był idealny: jedziemy we czwórkę do centrum handlowego, Pan Mąż ogarnia nasz wspaniały duet, a MPK szaleje (tym bardziej, że w H&M zniżka była 20% na wszystko). Podśpiewując sobie pod nosem: „będzie, będzie zabawa, będzie się działo, i znowu nocy (tfu: kasy oczywiście) będzie mało…itd.” Oczyma wyobraźni widziałam jak biegam po Arkadyjskiej krainie…jak ta sarenka po łące, jak Kardashianka któraś po nowojorskiej Piątej Alei, you know what I mean 

No! Ale wracając do tematu…MPK wzięła prysznic (a co! Raz w tygodniu każdemu się należy, nawet takiej zwykłej matce polce jak ja), włos wysuszyła, mejkapa na facjatę zarzuciła (tak, tak , mejkapa! Sąsiedzi z osiedla nie uwierzą, bo ostatnimi czasy tylko w stylu saute mnie widywali – a ja po prostu chciałam się pochwalić pięknem swym naturalnym, przecież wcale nie chodziło o to, że nie miałam kiedy tych wszystkich podkładów, korektorów i tuszów nałożyć, phi!), oko nawet zrobiła (Dżoana – wiadomo która – skwitowałaby to jednym krótkim zdaniem: „ciefczyno, tfoje oszy som hipnotajzin”), a na koniec uszy i szyję spowiła kompletem z Lillou co to jeszcze Mikołaj zostawił pod choinką, a leżał ten komplet biedny zapomniany, no bo przecież do dresów ciążowych średnio pasował. Jednym słowem po tych wszystkich zabiegach zapomnianych ostatnio, poczułam się tak jak to Mateusz Grzesiak radzi na szkoleniach swych: po prostu stworzyłam najlepszą wersję siebie i tyle w temacie. W końcu wyjście do Arkadii do czegoś zobowiązuje, no nie? Nie pójdziesz tam przecież w legginsach i tunice, no heloł 

 

No! To ja taka wystrojona idę, wiater we włosach mi hula, a ja niewzruszona prę do przodu jak ta Anja Rubik po wybiegu, jak ten Ronaldo po boisku, jak ta Gessler po knajpie jakiejś najlepsiejszej! Tak się właśnie czułam…jak gwiazda Hollywooda. No nic mnie dzisiaj nie powstrzyma (a! właśnie! I tu też historyja jest przezabawna, boki można zrywać… jak 3 dni przed porodem pojechaliśmy we czwórkę do tej Arkadii, no bo teraz to wiece: niech się dzieje wola nieba, po terminie już byłam, więc mogłam w końcu zacną kanapę naszą opuścić. I nawet żeśmy z samochodu wyszli, nawet udało mi się na parter wtoczyć, nawet przeszłam się kawałek po tym przybytku arkadyjskim, kiedy nagle tuż na wysokości Duki takich skurczy dostałam, że myślałam, że już tam urodzę, w tej Arkadii…A trzeba było tak zrobić, może jakieś darmowe zakupy dożywotnio byśmy dostali. Gdybym ja tylko wtedy wiedziała, że mój poród będzie taki expresowy to bym się tam spięła w tej Arkadii, kichnęła porządnie i już by było po wszystkim, a Julek byłby pierwszym dzieckiem urodzonym (tzn. wykichniętym) w centrum handlowym. Ale byłby fejm! A ja głupia, zamiast tam dziecię swoje na świat wydać, to do domu prędziutko wróciłam…bez zakupków, bez szopingu…prawdziwa drama była).

 

No! Ale do meritum szybciutko: dojechaliśmy w końcu! Wjeżdżamy na parking podziemny…ooo, widzę, że nawet ludzi dzisiaj wyjątkowo malutko (ha! Specjalnie! Żebym nie musiała w kolejkach długo stać po takim czasie niebytu na szopingach). Ale jakoś tak bardzo wyjątkowo malutko tych samochodów… Myślę sobie: pewnie jakaś awaria prądu czy coś. Wjeżdżamy na górę, a tu…sklepy pozamykane. No ale jak toooo???? – zdaje się krzyczeć serce moje, szopingu spragnione. Żyłka mi już pulsuje, ręce spocone drżo, ale idę, idę z podniesioną głową do pana ochroniarza spytać: o co kaman???

 

Zielone Świątki!!! słyszę w odpowiedzi…

Noszsz k***a mać! Że co zielone???

Myślę sobie: no tylko kamery tu brakuje, żeby zaraz ktoś wyskoczył i wykrzyknął na gardło całe: „Mamy Cię!”. „Ty naprawdę myślałaś, że wyskoczysz sobie na szoping? Seriously?”

Gupia MPK, gupia!

4 thoughts on “Shopping by MPK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *