Tekściory hiciory vol.1, rok 2015

Jako że jest Was tu ze mną już ponad 400 osób (z czego zaledwie 135 osób to moi znajomi również z Facebooka), to większość z Was nie wie z czego tak naprawdę zrodził się pomysł na bloga. Otóż zaczęło się od tego, że jak Marcel (mój starszy syn) zaczął mówić, to ja nasze niektóre (co śmieszniejsze lub co bardziej wzruszające) rozmowy zapisywałam i…publikowałam na swoim prywatnym profilu na Facebooku. Dzięki temu powstała fantastyczna pamiątka, którą kiedyś na pewno wydrukujemy i wręczymy Marcelkowi na 18.urodziny. A z kolei znajomi zaczęli mnie namawiać do tego, żeby wyjść z tym poza prywatny profil.

I ja tak sobie pomyślałam, że zbiorę te wszystkie teksty też i tutaj na blogu. Wiąże się to z tym, że będę powolutku przekopywać swój profil na Facebooku. Plan jest taki, żeby odnaleźć wszystkie te moje zapiski i umieścić w jednym miejscu. Robię tu typowe kopiuj-wklej, czyli dokładnie to co wtedy napisałam, publikuję tutaj. Bez żadnych zmian. Z datami.

Zatem do dzieła! Zaczynamy od samego początku.

 

 

Dziś cofamy się do roku 2015…Gdzie jak się okazuje, najwięcej naszych ciekawych rozmów odbyła się w…łóżku…Także teeen…zapraszamy.

 

10.01.2015

Z serii: Rozmowy Łóżkowe

W rolach głownych: ja i (nie, nie, nie, nie Adam tym razem) Marcel. Ja opowiadam zmyśloną bajkę, w której On z kolei dodaje coraz to nowszych bohaterów, zmienia numery pociągów i takie tam typowe pitu pitu dwulatka.
Ja (zaczynam): Była sobie rodzinka, która postanowiła pojechać na wakacje w góry…
On: Niee, niee, niee, mamuniu, w dół… (mówi z przemądrzalskim spojrzeniem)
Ja: Yyy…
Po kim on to ma??? Toć ba! Przecież oczywistą oczywistością jest to, że ludzie najczęściej na wakacje jeżdżą albo nad morze albo … w dół 

 

18.03.2015

„Ja ciem mamo kocham!” – właśnie na te słowa czekałam dokładnie 2 lata, 7 miesięcy i 7 dni    Pełnia szczęścia 

 

 

12.06.2015

Z serii: Jakie Jest Najlepsze Miejsce Na To, Żeby Wbić Się Na Imprezkę?

Jedziemy sobie z Marcem metrem. Długa droga przed nami (w sumie to najdłuzsza z możliwych): wsiadamy na Młocinach, wybieramy się aż na Kabaty. Myślę sobie: „Nuda będzie, ze hej, no ale cóz…najlepszy dentysta na Kabatach, to trzeba odcierpieć swoje!”…Z tą nudą…nic bardziej mylnego. Już na Młocinach, „podbija” do nas Pan Staruszek. No i tam takie zwykłe pitu pitu, tiru riru…że on z Dęblina, że działka, że był pilotem, że ma piątkę dzieci… a jak synek ma na imię, a ile latek itd. Mniej więcej od stacji Dworzec Gdański zauważam, że naszej rozmowie przysłuchuje się na oko 5-6-latek. Kiedy Pan Staruszek wysiada, Młody wbija na jego miejsce, a obok siada dziadek Młodziana. Młodzian (bez żadnych tam wstępów i zbędnych zagajeń) zaczyna bombardować (pytaniami, of kors): „To gdzie jedziecie?”, odpowiadam. Młody dalej pyta: „A jak on ma na imię?, „A pani?”, „A ile Marcel ma lat?”, „A chodzi do przedszkola?”, ja dalej grzecznie odpowiadam. Tez zaczynam go pytać…jak ma na imię, dokąd jedzie itd. Pytam go w końcu ile ma lat. Jan (tak się przedstawił) odpowiada: „6”…po czym po chwili dodaje:”a który dzisiaj jest proszę pani?”. Odpowiadam: „12”. Na co Jach: „bo wie Pani ja 23.czerwca skończę 7”. Mówię, ze super, że życzę mu wszystkiego najlepszego itd..Po czym, po jakichś 10 minutach Jan przechodzi do meritum: „a gdzie pani mieszka?”, ja podaję dzielnicę, ale Jachowi nie o dzielnicę chodzi, pyta dalej: ulica, numer domu, numer mieszkania…Trochę niepewnie się poczułam, no ale cóż, w końcu kto jak nie my, dorośli, jesteśmy od odpowiadania na trudne pytania…Młodzian pod nosem powtarza sobie adres, po czym odwraca się do dziadka i mówi szeptem: „dziadek zapamietałeś ten adres?”, dziadek pyta : „no ale po co?”, na co Jan odpowiada mu na ucho z poważną miną: „no wiesz…bo chciałbym tą panią i Marcela zaprosić na swoje urodziny, więc muszę znać ich adres”…Widok twarzy osób, które się nam w metrze przysłuchiwały: bezcenny! Kurtyna!
Metro – tu łatwo wbijesz się na imprezkę 

 

14.06.2015

Z serii: Bystrość Umysłu Naszego Pierworodnego (Level Hard)…

Jedziemy samochodem. Adam mówi: „Patrz tylko po lewej…niezła fura będzie jechała”. Ja pacze…no jedzie…żółciutkie lamborghini…no ładne no…rzeczywiście…jest na czym oko zawiesić. Przemknęło…to lamborghini, a my wiadomo…no bądźmy szczerzy…zieleni z zazdrości. Syn chyba wyczuł sytuację i rzecze spokojnie: „uciek, ziółty brum brum..boi nas”…

No proste przecież, że się nas bał! Tylko dlatego tak szybko uciekał!

 

08.07.2015

Z serii: Marcelowa Elokwencja…

Jesteśmy w Złotych. Zbieramy się powolutku do wyjścia. Mówię do syna: „Marcelku, idziemy zaraz do metra, więc mama zajdzie jeszcze do łazienki zrobić siusiu. A Ty chcesz zrobić siusiu?” (tak wiecie: prosto, łopatologicznie i na temat, żeby maluch zrozumiał co matka na myśli ma). Na co Marcel: „Nie, nie, mamuniu”. Myślę sobie ok. Idziemy do tej łazienki. Wchodzimy w znaną wszystkim „pachnącą lawendą” alejkę, kiedy Marc oznajmia ze stoickim spokojem: „Mamuniu to ja tes skozystam z toalety”…Yyyy…Erudyta jeden, no!
Klękajcie narody…

17.07.2015

Z serii: Marcel-Matkorozbrajacz 

Wracamy do domku. Marcynio robi siusiu (czy tam, jak to on mówi: „kozysta z toalety”). Wstaje z nocnika, dumnym tonem rzecze: „Uuu, ale duuuzo zjobiłem”. Po czym chwila zastanowienia…”Aleee chwileckę…Jesce spjóbuję”. Siada ponownie na nocnik…robi (bo słyszę). Wstaje, jeszcze dumniejszy z siebie i mówi: „Pjosę bajdzo!”.
Padłam ze śmiechu!

 

14.09.2015

Z serii: Pogaduchy Przed Snem…

Marc leży, ja leżę, przytulaski, szturchanki, pogadanki…Mówię mu: Marcyś, niestety jutro znowu nie idziesz do przedszkola, chory jeszcze jesteś. Pójdziesz za to do babci Romy [niania], pobawisz się z Fredziem [mąż niani], a ja Cię po czterech godzinkach odbiorę, wrócimy, pójdziemy na drzemkę, zjemy obiadek, itd.
Na co Marcel zaczyna paplać: „Nie, nie, źle mówis, mamo, nie na ctely [4] godzinki do placy, tylko na dwadzieścia minutek. Psyjdzies, 20 minutek, pójdziemy do domku, 20 minutek, nie ctely, 20 minutek, będziemy się bawić, taaak, 20 minutek…” Patrzę na niego, śmiać mi się już chce, wytrzymać nie mogę, że 20 minutek powtarza sto razy, a on:
„Wiem, mamo, gadam głupoty” i w śmiech…i to taki na maxa!
Trzymajcie mnie, ja kiedyś przez niego pęknę ze śmiechu

 

21.10.2015

Z mojej ulubionej serii, czyli: Niezły z Niego Jajcarz

Leżymy jak co dzień w łóżku, przed snem. Już nie mogę się doczekać. Normalnie rąk drżenia uspokoić nie mogę…Oto za chwilę moje dziecko wymyśli mi temat bajki, którą za chwilę będę musiała mu opowiedzieć (taka nasza mała tradycja: Marcel mówi do mnie: „Zapytaj mnie mamo: O cym chces dzisiaj bajeckę Marcelku”, no to ja pytam, a on wymyśla wtedy…). No i wymyślił: BALON tym razem.
Myślę sobie: phi! Balon! Łatwizna (nie chcę się chwalić, ale mam już za sobą naprawdę ciekawe bajki o: ścianie, chodniku, jednym piesku, mokrej pieluszce, która chciała polecieć na księżyc, także wiecie…ten teges…  Ten BALON to pestka jakaś czy tam kawałek ciasteczka, jak kto woli…
No to zaczynam: „Dawno, dawno temu…”
Na co mój syn: „…był sobie Maciek i miał balony…”
I dodaje: „…jaja jak balony…”

Yyyy, gdzie popełniliśmy błąd ja się pytam…

 

22.10.2015

Z serii: Polska Język Trudna Język

Wchodzi do nas do mieszkania ciocia Pauliśka i wita się z Marcyniem:
– Siemaneczko, Marcel!
Na co mój bystrzak:
– Siema mleeeczkooo!

 

04.11.2015

 Z serii: Jak Rozczulić Matkę w 5 Sekund

Marcel, urodzony pasjonat alfabetu i liczb, napisał na swoim znikopisie 3 literki „b”, jedną pisaną i dwie drukowane. I powiada:
– Mamo, to jest rodzina literek „b”: synek „b”, mama „B” i tata „B”.
– Yhyy…no widzę. Bardzo ładne literki, Marcyniu – mówię.
– One bardzo się kochają…
– Yhyy, tak jak…
– Tak jak my, mamo…Ja,ty i tata.
– No pewnie, Skarbie – odpowiadam. Na co mój myśliciel spuentował:
– I to jest właśnie MIŁOŚĆ, mamo.
– Yyyyyy…
Uścisnęłam tylko mocno i przytuliłam, bo aż ciężko było cokolwiek powiedzieć tej małej mądrali mojej.

 

16.11.2015

Z serii: Marcel – Bystrzak – Znajdywacz Synonimów

Nasz wieczorny rytuał ostatnio został trochę zmodyfikowany przez mojego Pierworodengo: teraz najpierw ja opowiadam mu bajkę której temat wybiera ON, a potem ON opowiada mi bajkę o tym o czym ja chcę. No i wybrałam: kaczka. Myślę sobie: prosty temat, Marc na pewno sobie poradzi…no i poradził sobie…A zaczął tak:
„Dziadek Zbysek posedł na cmentas. I babcia Hania i dziadek Lesek tes posli. Wsystkie kwiaty tam były i były tes tee, no mamo jak one się nazywają…tee takie cajnicki co się je zapala…  „

Padłam…znowu 

Temat powininien brzmieć: O Cmentarnych Cajnickach (czyli zniczach)

 

28.11.2015

Z serii: Marcel-Chorybzda-Zachowywacz Zimnej Krwi

Po piątej nieprzespanej nocy (pełnymi garściami czerpiemy z „uroków” przedszkola i chorujemy już szósty tydzień z rzędu, z małymi przerwami, ale ciągle), Pan Mąż zadaje mi z samego rana jakieś pytanie. Ja nie jarzę nic, no bo co ma się w głowie jak się śpi w nocy góra 2 godziny i tak przez 5 dni z rzędu (kaszel, przeplatany z gorączką, z nocnymi ubieraniami i otwieraniami okien, żeby oskrzela raczyły się trochę rozszerzyć i dać nam pospać magiczne 45 minut).
No! W każdym razie Adam o coś pyta, a ja:
-Adam, nie wiem. Nie wiem nawet jak się nazywam. Na co syn:
-Mamuniu, no Ania psecies się nazywas.
No tak! Dobrze, że chociaż on ogarnia jeszcze co się dzieje  Kochany

 

23.12.2015

Z serii: Marcel – Poszukiwacz Drugiej Połówki

Barłożymy się z Marcyniem rano w łóżku ( korzystamy z faktu, że mamy dzisiaj wolne). Marcel przygląda mi się wnikliwie, po czym mówi:
– Mamuniu, ty mas oklągłą głowę…ja tes mam oklągłą głowę. Ty mas niebieskie ocy i ja mam niebieskie ocy..Cy my do siebie pasujemy?
– Toć ba, Marcyniu! Pewnie, że do siebie pasujemy 
– Tak myślałem, mamuniu 
Podryw level master…prawdopodobnie po tatuni 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *